Jadąc wczoraj rano na casting, na który umówiłam się z koleżanką, nie spodziewałam się żadnych specjalnych rewelacji, no, może obawiałam się tego, że kanar mnie złapie. Wsiadłszy do tramwaju wypatrzyłam wolne miejsce z samego przodu, gdzie oczywiście od razu poszłam. Usiadłam na przeciwko jakiegoś człowieka, który jak mi się wydawało, powiedział coś do mnie gdy siadałąm. Nie wiedząc, czy mi się to przyśniło, czy nie, zwyczajnie się uśmiechnęłam. Przejechaliśmy tak może z jeden przystanek po czym mężczyzna ni stąd ni z owąd zaptał "do you speak english?". Okazało się, że to Amerykanin, który przyjechał do Polski w celach służbowych. A konkretniej, pochodzi z Alaski, ale od 6 lat mieszka w Panamie. Zapytał się mnie co oznacza "Świat Alkoholi" ponieważ wszędzie tu ten napis widzi (nawiasem mówiąc nie świadczy to dobrze o naszym kraju), troche mnie to rozśmieszyło, ale wyjaśniłam mu o co chodzi. Wyszło na to, że ucialiśmy sobie bardzo miłą pogawętkę. Mój rozmówca nie mógł się nadziwić róznicom pomiędzy Polską a USA, zwłąszcza temu, że w Warszawie, w przeciwiństwie do wielu amerykańskich miasteczek, nikt nie mówi do nikogo "cześć", nikt z nikim nie rozmawia, jeśli go nie zna. No cóż, witaj w naszym świecie.
Po castingu poszłyśmy do Maca, ona zamówiła McFlurry, a ja 2forU. Trochę pogadałyśmy, a jak już pojechała do domu, ja przeszłam conajmniej 4 sklepy w centrum, w poszukiwaniu jakichś nowych ciekawych ubrań. Nic w końcu nie kupiłam, ale za to kilka godzin później wstąpiłąm do wzorcowni i znalazłąm bluzke z bardzo ciekawym nadrukiem "Wild hearts don't get broken". Miałam zamiar ją kupić, ale wyglądała na mnie jak przykrótka góra od piżamy, wiec sobie odpuściłam. Moją uwagę zwróciła natomiast czarna kurtka z kapturem.
Co myślicie, kupić czy nie kupić?
No comments:
Post a Comment